poniedziałek, 7 grudnia 2015

Blessing.

Od dawna nie pisałem, uznałem zatem że nadszedł już czas na opublikowanie kolejnego posta. Ostatnie dwa dni spędziłem w Ruiri, w okolicy Meru gdzie zostałem zaproszony na święcenia jednego z braci z którymi tutaj mieszkałem. Obecnie jest on już ojcem a wczoraj odbyła się msza prymicyjna w jego rodzinnej parafii. Nie brakowało gości ze wszystkich franciszkańskich domów w Kenii. Nie tylko ojców i braci, świeżo wyświeconego zakonnika ale również zwyczajnych, prostych parafian, przyjaciół i znajomych z którymi żył i mieszkał poprzez lata spędzone w postulacie a następnie nowicjacie czy nawet jako diakon. Podczas uroczystości nie zabrakło śpiewów, tańców, długich przemówień (we wszystkich możliwych językach), uroczystego poczęstunku po mszy prymicyjnej oraz wielu innych podniosłych momentów. Kilka zdjęć z obydwu uroczystości jak również z drogi można zobaczyć na mojej picassie, polecam. 

Dziś jednak miało miejsce coś co przyćmiło wydarzenia ostatniego weekendu i skłoniło mnie do napisania na inny temat.
Gdy czekaliśmy na lunch około godziny pierwszej po południu, jedna z goszczących u nas sióstr wróciła z kaplicy przy źródełku na szczycie góry, i oznajmiła że znalazła tam dziecko. O sprawie zameldowała Ojcu. E, który bezzwłocznie powiadomił policję. Zgodnie z prawem w takim przypadku nie wolno zabrać dziecka z miejsca zdarzenia i musi ono pozostać tam aż do przybycia policji. Zaniepokoiło mnie to nieco gdyż wiem że szybkość z jaką reaguje w Kenii policja pozostawia wiele do życzenia. Wraz z drugą siostrą, również pozostającą u nas na modlitwach poszliśmy na górę. Chcieliśmy sprawdzić czy dziecku "niczego nie brakuje" i czy jest bezpieczne. Gdy dotarłem na gore, zostawiając siostrę w tyle, zastałem niemowlę skulone i śpiące na kamiennych schodach kapliczki.


Nie chcę zaraz stać się tutaj nowym Kevinem Carterem więc od razu nadmienię, że dziecko spało kiedy tam dotarłem. Dotknąłem go delikatnie, miało ciepłe rączki i twarz, nie miało jednak gorączki, oddychało spokojnie. Dopiero sprawdziwszy to sięgnąłem po aparat i wykonałem serię zdjęć "miejsca zbrodni" dla nadciągającej policji. Sfotografowałem dziecko oraz pozostawione przez matkę wraz z nim rzeczy. Leżały rozrzucone na podłodze wewnątrz kapliczki, kocyk, pielucha, kubeczek z zimnym mlekiem, torba z ubrankami. Dziecko najprawdopodobniej również zostawiła wewnątrz a następne wyraczkowało ono na schody z których musiało stoczyć się na duł. Gdy kończyłem oględziny miejsca zbrodni dziecko ocknęło się i zaczęło mi się przyglądać, nie czekając na siostrę podniosłem je ze schodów. Na sznureczku przy czapce miało przywiązany list z wiadomością od matki.

Gdy przyszła siostra wspólnie przebraliśmy małą. Zamieniając przemoknięte, zasikane ciuchy na czystsze i suche wyciągnięte z torby. Następnie siostra ruszyła na duł by poprosić w kuchni o jakieś jedzenie dla małej a ja zostałem z nią na górze aż do przyjazdu policji. 

To the father in charge...her name is precious Blessing.

Jeden z czekających wspólnie ze mną kowbojów z farmy dostał telefon że policja już jest i żebyśmy zabrali wszystko i zeszli na duł bo nie będą się fatygować na szczyt wzgórza. Na dole czekało na nas już trzech oficerów policji wraz z radiowozem i Ojcem. E. Towarzyszyła im kilkudziesięciu osobowa grupa gapiów, kobiet z kuchni i pola, pracowników z budowy okolicznego kościoła i generalnie "przechodniów". Wszyscy chcieli zobaczyć dziecko mając nadzieję że zidentyfikują dzięki temu "wyrodną" matkę. Mała została napojona ciepłym mlekiem i przekazana policjantom których zadaniem od teraz miało być dostarczenie jej domu dziecka, najprawdopodobniej w Nakuru.



"Posterunek policji to nie miejsce dla dziecka" -Powiedział jeden z oficerów odbierając małą ode mnie.


Gdy schodziliśmy na duł, nim jeszcze spotkaliśmy się z policją i tłumem gapiów, z pod ostatniej stacji drogi krzyżowej przyglądała nam się para dzieci. Powiedziałem kowbojowi że może to jej rodzeństwo które obserwowało nas z krzaków gdy zajmowaliśmy się małą, lub może widziały wcześniej kto zostawił dziewczynkę w kaplicy. Krzykną do nich w suahili a one znów zniknęły w zaroślach. Jestem jednak pewien że przyglądały się nam jeszcze gdy nieśliśmy na dół. Być może w ten sposób żegnały młodszą siostrzyczkę. 

sobota, 28 listopada 2015

Kolejna czarna myśl.

W mało popularnym i jedynym moim dziale -oprócz strony głównej- postanowiłem zamieścić dziś nowy tekst. Jest on już nieco nie aktualny, pisałem go kilka już tygodni temu na potrzeby artykułu który nigdy się nie ukazał. Teraz postanowiłem zamieścić go na blogu w dziale: "Czarne myśli na Czarnym Lądzie". Uznałem że będzie on tam pasował lepiej niż do tego kolarzu zdjęć i tekstu jaki tworzy moja "tablica". W dziale tym znajdowało się dotąd już pięć  tekstów, trafiły tam gdyż podobnie jak ten, coś mi w nich nie pasowało. Niektóre z nich maja formę zbliżoną do reportażu inne znów przypominają krótkie felietony pełne moich osobistych wynurzeń na tematy generalnie ponure. Serdecznie zachęcam do lektury:

* Czy będziemy nową Grecją? - Tekst informacyjny o "ciekawych" aspektach ekonomicznej sytuacji Kenii

A jak Allach. - Krótki tekst na temat ubiegłorocznych środkach bezpieczeństwa, przedsięwziętych przez kenijskie rząd.  

Kran z dolarami. - Kilka prywatnych wynurzeń na temat idei pomocy.

* Whose house, rocks house. - Przemyślenie po mojej pierwszej wizycie w Ugandzie.

Al Shabaab przy obiedzie. - Dokładnie tak jak w tytule - relacja rozmowy.

* Matatu. - Sprawnością najlżejszy tekst w całym dziale - relacja z porużylokalnym transportem.   

piątek, 20 listopada 2015

Another good day.

Rzadko piszę o pracy i o tym co tutaj tak na prawdę robię, dziś jednak uznałem że warto. Postanowiliśmy wraz z uczniami-pracownikami, zorganizować spotkanie dla rodziców. W ciągu ostatnich kilku tygodni mieliśmy sporą rotację, kilku chłopaków bezpowrotnie zniknęło, jeden nawet z pobraną wcześniej zaliczką. Zorganizowaliśmy zatem kolejny nabór, by załatać brakujące miejsca w liście obecności. Poza tym, moi kijana (młodzież) z którymi wspólnie z Moricem (naszym "szefem" produkcji), pracujemy już od kilku miesięcy powoli przeistoczyli się z rozwrzeszczanej zgrai obiboków w grupę kompetentnych i rzetelnych pracowników, którzy wiedzą już z której strony złapać za hebel. Przyszedł zatem najwyższy czas by przyjąć nowych i mniej doświadczonych kandydatów którzy może nauczą się czegoś u boku kolegów. Rekrutacja jak zwykle odbyła się w kilku etapach, bo w Afryce na prawdę trudno jest się doprosić żeby ludzie przyszli na wskazaną godzinę i w dodatku wszyscy naraz. Nie miałem zatem ani czasu ani okazji poznać rodziców większości z moich pracowników, uznałem zatem za stosowne, że najwyższy czas żeby rodzice nas odwiedzili. Nie tylko po to żeby przekonać się że rzeczywiście gdzieś tam istnieją, ale również by mogli zobaczyć i dotknąć, mebli będących owocem pracy ich pociech. Datę spotkania wyznaczyliśmy na dziś, o godzinie 14 mieliśmy wspólnie zjeść lunch z rodzicami po czym wszyscy skończyć dziś pracę nieco wcześniej. Przygotowania trwały w zasadzie od trzech dni. Ja musiałem zajęć się sprawami związanymi z poczęstunkiem, przy czym pomagała mi Mama Ester - nie chodzi tu o mamę osoby imieniem Ester, mama w tym wypadku jest raczej tytułem, formą grzecznościową stosowaną w Kenii wobec kobiet które nie są już pannami, nie ma to jednak nic wspólnego ze stanem cywilnym a bardziej z wiekiem i pewnym doświadczeniem. Wspólnie zaplanowaliśmy menu na dziś, zamówiliśmy wszystkie potrzebne produkty i składniki. Okazało się być tego sporo i codziennie dochodziły kolejne rzeczy, sufuria -nie mam pomysłu polskiego odpowiednika, jest to blaszane naczynie wielkości miski na pranie, wystarczająco duża by pomieścić porcję ryżu na sześćdziesiąt osób- dżiko - nazwę zapisuje fonetycznie, piecyk na węgiel drzewny, przypominający przeciętą w połowie beczkę, na żarze ustawia się garnek- oprócz tego zwyczajne produkty spożywcze, mięso, warzywa, ryż, trzydzieści kilo mąki na ugali, dwadzieścia litrów oleju i wiele, wiele innych. Przygotowania trwały też oczywiście w samej stolarni, gości należało bowiem odpowiednio przyjąć. Zrobiliśmy nowy stół i odmalowaliśmy stary, zakupiliśmy ceraciane obrusy w ananasy- jedyny wzór który był dostępny z roli na metry. Justus wraz Samuelem, moje dwa osiłki, o dziwo obydwaj utalentowani jak się okazuje stolarze, cały wczorajszy dzień "reperowali" taborety, których dawno temu w ramach treningu uczniowie wykonali kilkanaście, a których użytkowość była do tej pory raczej żadna. Dziś od rana trwało wielkie sprzątanie, udało nam się wreszcie popakować w worki i wywieść do garażu pod domem kilkadziesiąt kilogramów odpadków i ścinków- kawałków drewna zbyt małych lub z byt zniszczonych by użyć ich chociażby do treningu- naturalnie największą atrakcją była przejażdżka ciężarówką która podrzuciła nas wraz z naszym ładunkiem pod sam garaż. Chłopaki byli w niebo wzięci gdy pędziła wyboistą drogą a my trzymaliśmy się metalowej konstrukcji na pace.
Rodzice pojawili się ale naturalnie nieco spóźnieni, no ale przecież mamy tu afrykański czas więc nie ma się co dziwić. Zaczęliśmy od oprowadzenia ich po warsztacie i pokazania każdej maszyny i wykonanego przez nas mebla, które specjalnie odkurzyliśmy i rozstawiliśmy na te okoliczność niczym wystawkę. Wydawali się być pod wrażeniem. Posiłek poprzedziło kilka "przemówień" ja podziękowałem wszystkim za przybycie, jeden z zakonników który również się pojawił wspomniał parę słów na temat mojego rychłego wyjazdu i nadciągających zmian, zaproszona, goszcząca u nas na rekolekcjach siostra zakonna też powiedziała kilak słów. Potem podziękowaliśmy panią kucharką za przygotowanie posiłku i zaczęła się biesiada. Po wszystkim delegacja rodziców podziękowała mi za te całą inicjatywę i tak dalej, a uczniowie zabrali się do ogarniania warsztatu.            
wspomniana rekrutacja




pierwsze zdjęcie rodzinne, polecam zwrócić uwagę na koszulkę mamy w zielonym (pierwszy rząd, środek) 
kurczaki w kąpieli

kijana na motocyklu

Wydaje mi się ze ogólny zamysł został spełniony, dla nas, była to okazja do zrobienia generalnego porządku w warsztacie i pretekst do przygotowaniu oraz zakupu paru rzeczy które od dawna były nam potrzebne. Rodzice wreszcie zobaczyli warsztat i nie jest on już dla nich tylko jakimś abstrakcyjnym miejscem do którego codziennie rano udają się ich synowie i córki- a tak mamy od poniedziałku w warsztacie trzy dziewczynki, Ann, Beth i Nine. Zapowiedziałem też już że spotkanie mam zamiar powtórzyć jeszcze raz, przed moim wyjazdem w grudniu.              

***

Poniższy tekst początkowo miał być głównym tematem tego wpisu, po dzisiejszym dniu i w świetle wydarzeń sprzed tygodnia - Paryż-, postanowiłem sobie darować. Umyślnie jednak nie zamieściłem go na początku bo w przeciwnym razie nikogo nie zainteresowało by moje za przeproszeniem, pierdolenie o obiadku z rodzicami.

Do napisania tego posta zbierałem się od kilku dni. Dawno nic nie zamieszczałem uznałem wiec, że zwyczajnie najwyższy już czas. Najbardziej aktualnym tematem wydał mi się szalejący obecnie nad Kenią, niesławny, El- Nino. Od trzech dni regularnie oglądałem wiadomości, wypytywałem odwiedzających nas gości co słychać w ich stronach i robiłem notatki. Zbierałem informacje. Jednak nie to stało się ostatecznie głównym tematem tego psota, napomknę zatem jedynie o kilku zdarzeniach z ostatnich dni, by ogólnie zarysować skale zjawiska jakim w Kenii okazała się tego roczna pora deszczowa. O tysiącach ludzi odciętych od świata przez masy wody, które uczyniły drogi nieprzejezdne, zerwały mosty i linie wysokiego napięcia. O ofiarach powodzi, porwanych przez szalejący żywioł, o kobiecie która umarła z wyziębienia na dachu swojego domu czekając na pomoc, gdy woda wdarła się do środka. O karetce zagrzebanej w błocie na sześć godzin, która akurat wiozła rodzącą kobietę do szpitala. O regionach gdzie nie da się obecne inaczej dotrzeć jak helikopterem. Czy o ciałach wyławianych z rzek, które nie wiadomo jak długo były niesione przez wodę i gdzie szukać rodzin ofiar. Ludzie w regionach szczególnie dotkniętych powodzą budują prowizoryczne mosty z gałęzi i pni drzew by przedostać się na drugą stronę, jeszcze nie dawno niewielkich rzek, które obecnie przeobraziły się w rwące potoki napędzane ciągłymi ulewami. Przekroczenie takiego mostu to codzienna loteria, niestety nie wszystkim udaje się dotrzeć na drugi brzeg. Dwa dni temu, schodząca lawina błota pogrzebała we śnie pięcioosobową rodzinę. Podobnych jak podane po wyżej przypadków jest wiele w całym kraju, ale zwyczajnie nie wszystkie docierają do wieczornych wiadomości.    


piątek, 13 listopada 2015

Dzika gęś.

W odpowiedzi na sugestię jednej z czytelniczek którą zainteresowała wzmianka z poprzedniego post, o spotkanym przeze mnie przed laty najemniku, postanowiłem napisać na ten temat nieco więcej. Postaram się nie przekłamywać faktów i przybliżyć wam tylko te fragmenty naszej wspólnej rozmowy które pamiętam najlepiej. Mimo upływu czasu te wspominania wciąż wydają się dość świeże, w tamtym okresie było to dla mnie bardzo egzotyczne doświadczenie które pokrótce opisałem w jednym z moich dawnych notatników, zdarzyło mi się od tamtej pory kilkukrotnie do niego wracać.
Pamiętam jak na wspomnianym laptopie pokazywał mi zdjęcia, jedno z nich przedstawiało wielką wyrwę na środku drogi. Była dość głęboka by stojącemu w niej amerykańskiemu żołnierzowi było widać jedynie hełm. W koło dziury znajdowały się wraki samochodów a dalsze zdjęcia przedstawiały ledwie rozpoznawalne zwęglone, ludzkie zwłoki.                                                                                Co dziennie rano do amerykańskiej bazy wojskowej  przywożono zapasy. Ciężarówki, pickupy i auta osobowe czekały w szerokim na pięć pasów korku by dotrzeć do bramy z wiezionymi towarami. Wieziono wszytko od jedzenia i chemii i rzeczy codziennego użytku po papier toaletowy. Na bramie następowała kontrola wwożonych dóbr. Oni to znaczy ludzie z którymi pracował mój towarzysz podróży zajmowali się ochroną bazy, poza tym pełnili rolę jednostki szybkiego reagowania. Gdy usłyszał huk eksplozji nie był na służbie, mimo to wraz całą resztą rzucili się do opancerzonych wozów by jechać na miejsce "wypadku". Jeden ze stojących w korku do bramy samochodów okazał się być wyplenionym po brzegi materiałami wybuchowymi samochodem pułapką. Do eksplozji doszło gdy w samym środku morza pojazdów zbliżył się do wiozącej paliwo cysterny. W zamachu i pożarze który objął większą cześć drogi w parę chwil zginęło ponad dwieście osób, nie dało się dokładnie określić ile, po wielu ofiarach nie zostało nic prócz poczerniałego śladu na asfalcie. Nie udało się również w przybliżeniu określić marki samochodu pułapki gdyż tak nie wiele z niego zostało. Pokazuje mi zdjęcie na którym czterech żołnierzy próbuje unieść jakąś bezkształtną bryłę metalu. To silnik z wysadzonego samochodu który przeleciał ponad pięćdziesiąt metrów, żołnierzom nie udało się go unieść własnymi siłami.                                                                            

Zajmowali się również ochroną amerykańskich konwojów z zaopatrzeniem oraz ochroną samych żołnierzy. Zaskoczony nieco byłem dowiadując się że jadącej na "akcję" grupie doborowych amerykańskich żołnierzy towarzyszy kilka wozów z uzbrojonymi najemnikami którzy mają zadbać o to żeby wojsko rzeczywiście do miejsca przeznaczenia dotarło. Potem żywo zainteresowałem się tym tematem i sporo doczytałem. W jednym z takich konwojów auto w którym jechał jako "strzelec" -to ten gościu na siedzeniu pasażera który dotrzymuje towarzystwa kierowcy i zmienia muzykę - zostało ostrzelane. Pech chciał ze akurat z jego strony. Pokazał mi zdjęcie zrobione już w bazie podziurawionym po dziurawionym drzwiom. Gdy podwija spodnie pokazuje mi ślady na łydce po postrzałach. Miał podziurawioną całą nogę od strony drzwi, musiał wrócić do Afryki i spędzić nieco czasu w domu. 
Gdy tylko wydobrzał wrócił do pracy.    

czwartek, 5 listopada 2015

Z Kenii do Ugandy.

Znów jestem w Ugandzie. Przyjechałem przed wczoraj. Z Nakuru o godzinie 09:30 we wtorek rano miał zabrać mnie autobus jadący do Kampali. Podróż zaczęła się po afrykańsku. To znaczy że kiedy dotarłem na "przystanek" dowiedział się że autobus, a raczej autokar, nie tylko nie wyjechał jeszcze z położonego ponad 200 kilometrów od Nakuru Nairobi, ale nawet tam jeszcze nie dotarł, wciąż znajdował się gdzieś na trasie Mombasa - Nairobi. Dla porównania to troszkę tak jak byśmy jechali z Wrocławia do Krakowa ale kiedy docieramy na stację o wskazanym czasie okazuje że nasz autobus nie dojechał jeszcze z Gdańska do Warszawy. Podróż zatem zaczęła się od czekania, ale cóż to jest te parę godzinek w realiach afrykańskich.
Tak wiec na samym początku załapaliśmy spore opóźnienie, martwiło mnie to trochę. Spodziewałem się opóźnienia ale miałem nadzieję że problemy zaczną się dopiero na granicy, a tu taka niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu na granicy poszło nam nad wyraz sprawnie. Wciąż czekam na moją kartę ID w paszporcie mam już jednak wbitą wizę dla rezydenta co uprawnia mnie nie tylko do przebywanie w Kenii prze dłuższy czas ale również do podróży w obrębie krajów wspólnoty unii południowo afrykańskiej, to jest Kani, Ugandy i Rwandy, bez konieczności kupowania wizy. Takie małe afrykańskie schengen. Odprawiający mnie celnik nie uznał jednak za stosowne puścić mnie od tak po prostu. Był bardzo miły i uczynny i zaproponował że wypisze mi specjalny blankiecik uprawniający mnie do przekroczenia granicy bez zakupu wizy (zupełnie jak by wbita w moim paszporcie wiza nie była wystarczająca), musiałem zatem zaczekać aż upora się ze wszystkimi pozostałymi pasażerami. Naturalnie gdy skończył zaprosił mnie na "zaplecze", łamiąc wszystkie zasady odnoście ochrony i bezpieczeństwa na granicy, zwyczajnie otworzył mi drzwi do swojego biura i wpuścił mnie za kuloodporną szybę za którą siedział by wręczyć mi paszport wraz z wypełnionym bloczkiem osobiście. Podając mi dokumenty uścisną mi rękę i poprosił o "token of appreciation", nie peszyło go nawet to że zza szyby czekający petenci przyglądali się jak wręczam mu plik banknotów. W zasadzie był to raczej pliczek niż plik i nie było też podstaw do uiszczania tej dodatkowej opłaty, wypisanie mi "przepustki" było zwyczajnie obowiązkiem celnika, w takiej sytuacji nie wypada jednak odmawiać. Celnik mógł zwyczajnie z czystej ludzkiej zawiści znacznie utrudnić mi przeprawę lub nawet ją uniemożliwić, wiec wolałem nie ryzykować. Urzędnik nie był jednak zachwycony wysokością honorarium i na następny raz kazał mi się lepiej przygotować. Mam tylko szczerą nadzieję że wracając nie trafię na tego samego pana. 
po drodze mijaliśmy Biały Dom.
Ugandyjską cześć drogi do Kampali pokonywaliśmy już po zmroku nie było zatem za bardzo na co patrzeć. Jednak w świetle lampionów i naftowych lamp dawało się dojrzeć przydrożne nocne życie. Ludzi sprzedających przekąski z przenośnych grilli, nie wiele różniących się od wózków z węglem. Otwarte nocne kluby kuszące kolorowymi szyldami i sznurami choinkowych lampek, rozgrywki toczone na stołach bilardowych zwyczajnie wstawionych pod przydrożne wiaty z patyków i blachy. Wystrojone kobiety zmierzające na zabawę lub zachęcająco czekające na skrzyżowaniach. Pijanych mężczyzn wytaczających się z barów lub sklepów monopolowych by wysikać się na poboczy.
Z okazji zbliżających się wyborów prezydenckich cała Uganda oblepiona jest plakatami promującymi rozmaitych kandydatów, bezustannie odbywają się spotkania, promocje i prelekcje, przez co miasto co rusz utyka w korku. Przetaczające się przez nie demonstracje i marsze skutecznie blokują wszelki ruch uliczny przynajmniej na kilka godzin. Całe te kampanie wyborcze i szum w mediach wydają mi się nieco na pokaz, ponieważ Museveni zapowiedział już że chce odsłużyć jeszcze jedną kadencję a następnie ustąpi stanowiska. Nie wróżę zatem zbyt wielkich szans dla kandydatów stających w szranki z człowiekiem który w "demokratycznych" wyborach jest wybierany na to stanowisko od blisko trzydziestu lat. W kwestii rządów w tym kraju wydaje mi się że o jakichkolwiek zmianach będzie można mówić dopiero kiedy obecny-były prezydent zwyczajnie uzna że się już nabawił, zabierze swoje zabawki i wyjdzie z piaskownicy.
Podróż autokarem do Ugandy, przypomniała mi pewną historię. Dawno, dawno temu, jakoś tak w okolicach roku 2010, wybrałem się w moją pierwszą zagraniczną afrykańską podróż, do Mwanzy w Tanzanii. Tam i z powrotem pojechałem podobnym autobusem. W drodze powrotnej byłem zachwycony pamiątkami jakie wiozłem na sobie z tego pięknego kraju, robioną na szydełku wełnianą czapkę w barwach tanzanijskiej flagi i robione na miarę klapki z samochodowej opony. Niestety miejscowi nie podzielali mojej fascynacji i na granicy wywoływałem ogólną śmieszność i wesołość, Do tego zaczęło padać i stałem w zasadzie boso w moich oponowych japonkach pośród kałuż i błota urypany po kolana. Po powrocie do autobusu wróciłem na swoje miejsce, i bez szczególnej krępacji przypiąłem z powrotem na pasek ukryty przed kontrolą celną w plecaku nóż. Na co mój towarzysz podróży, siedzący na siedzeniu obok Afrykanin, z którym do tej pory taktownie się ignorowaliśmy, wyraził żywe zainteresowanie, powiedział ze fajny i pochwalił mi się własnym, wyciągniętym z cholewy buta nożem. Po raz kolejny potwierdziło się że nóż zbliża ludzi. Zaskakująca wydała mi się uwaga mojego nowego znajomego że dzięki jakiemuś specjalnemu stopowi z którego wykonany jest jego nóż nie wykrywają go nawet bramki na lotniskach. Zaskoczyła mnie również swoboda z jaką młody mężczyzna posługuje się angielskim (większość spotkanych przeze mnie Tanzańczyków miała z tym spore problemy), z miejsca założyłem że musi być zatem studentem. Jak wynikło nieco później z rozmowy bardzo się pomyliłem. Otóż, mój sąsiad z fotela obok bynajmniej studentem nie był. Dowiedziałem się od niego że jedzie on właśnie do Kampali, przez Nairobi, gdzie mieszka i pracuje, a tutaj jedynie kogoś odwiedzał. Nieoczekiwanie zapytał mnie czy jestem Serbem, zdziwiłem się, zaprzeczyłem i zapytałem skąd taki pomysł. Powiedział że pracował z wieloma Serbami i mieli nieco podobny akcent (mam nadzieję że od tamtej pory mój "akcent" nieco się poprawił), zaciekawiłem się w jakiej to branży młody Ugandyjczyk mógł spotkać wielu Serbów. Był najemnikiem. Przez resztę drogi do Nairobi opowiadał mi o tym jak i gdzie pracował, wyjął laptopa, pokazywał mi zdjęcia zrobione z helikoptera na których były jeszcze niezbombardowane, złote pałace Saddama. Opowiadał o swoim pobycie w Iraku i o tym jak zaczął te pracę. O tym jak w wieku trzynastu lat biegał po ugandyjskiej dżungli z karabinem jako kid soldier, a potem, po latach spotkał Brytyjczyka który zatrudnił go w agnacji zajmującej się szeroko rozumianą ochroną interesów klienta. Nie myślałem jeszcze wówczas zupełnie o pisaniu i zwyczajnie zbagatelizowałem wagę tego spotkania biorąc je zwyczajnie za ciekawą, pogawędkę podczas przejażdżki autobusem, dziś pewnie podszedł bym do tego bardziej profesjonalnie. Moja ostatnia podróż zwyczajnie przypomniała mi o tym niecodziennym spotkaniu i o tym że tego typu wycieczki niekiedy dają nam możliwość nawiązania zupełnie nieoczekiwanych znajomości.  

***

I na koniec chciał bym się pochwalić. Otóż, mój blog oficjalnie śledzą już dwie osoby, pozyskanie "tej drugiej" (Kasia wiernie śledziła moje poczynania od samego początku) zajęło mi ponad rok pracy więc jest co świętować. Korzystając z okazji chciałbym obydwoje imiennie pozdrowić, wielkie dzięki Kasiu i Radku, serdecznie zapraszam również do śledzenia tego co sami publikują:


sobota, 31 października 2015

Bajka o dwóch braciach.

"Było kiedyś dwóch braci, jednemu na imię było Zebra a drugiemu Osiołek, żyli w zgodzie zupełnie do siebie podobni. We wszystkim sobie pomagali. Pewnego razu zostali zaproszenie na wesele. Z okazji tak znamienitej uroczystości postanowili specjalnie się na nią przygotować i jak najpiękniej przystroić. Jak zwykle pomagając przy tym sobie nawzajem. Pierwszy był Zebra a Osiołek mu pomagał, wymalował zatem brata w piękne czarnobiałe pasy. Niezwykle się przy tym starał by jak najdokładniej udekorować brata. Gdy już skończył przyszła kolej na niego, w czym Zebra miał mu pomóc. Niestety w puszkach zostało już niewiele farby podobnie jak czasu do wielkiej uroczystości. Zebra, nie chcąc spóźnić się na wesele, wymieszał resztkę farby i w pośpiechu wymalował całego brata na szaro, domalowując tylko jedną ciemniejszą pręgę na jego grzebiecie. I od tego czasu wszystkie zebry są w paski a osły są szare i trzymają się od siebie z daleka."

- opowieść pewnego nauczyciela


wtorek, 20 października 2015

Another Hero Day.

Dokładnie rok temu, co do dnia opublikowałem na tym blogu post pod tytułem Hero day, opowiadałem w nim o tym jak wraz z Kasią niespodziewanie trafiliśmy w gościnę do Petera i jego rodziny. Dziś historia zatoczyła przysłowiowe koło.
Peter zapraszał mnie do siebie wiele razy, w zasadzie robi to przy każdej okazji naszego spotkania. Z premedytacją starałem się jakoś wykręcać od tych odwiedzin. Znam gościnność Kenijczyków i doceniam ją, ale wybranie się tutaj do kogoś na powiedzmy, jedną godzinkę, jest niemal niemożliwe. Herbatka zamienia się w lunch, lunch w popołudniową herbatkę a z kolei ona w wczesną kolacje, i tak można aż do późnej nocy. Dlatego jeżeli nie ma się całego dnia na przesiedzenie to takie "odwiedziny" mogą okazać się problematyczne. Z własnego doświadczenia wiem że często prowadzi to do niezręcznych sytuacji w których gość (ja) próbuje się grzecznie pożegnać i podziękować za miłe przyjęcie, tymczasem gospodarz (w tym przypadku Peter) za wszelką cenę stara się go zatrzymać. No i tak się jakoś złożyło że dałem się wreszcie namówić na wizytę. Zupełnie umknęło mi że narodowe święto dzięki któremu stolarnia ma dziś wolne to ta sama okazja przy jakiej poznaliśmy się z Peterem rok temu, gdy wraz z Ojcem J. odebrali nas przemoczonych i zziębniętych od sióstr.
Dziś od rana świeciło słońce, na niebie widać było jednak chmury zwiastujące popołudniowy deszcz. Kika dni temu zawitał w te strony El Nino, fala ulewnych deszczy nawiedziła już niektóre regiony Kenii a media przestrzegają przed zagrożeniem powodziowym. Do domu Petera dotarłem jeszcze przed południem. Na podwórku powitali mnie jego synowie, ci młodsi, Eryk, najstarszy jest już na studiach. Z podwórka wchodzę do chaty gdzie spotykam żonę Petera. Częstuje mnie herbatą i tłumaczy że mąż jest na spotkaniu. Gdy wraca opowiada mi o istocie tego zgromadzenia, otóż wraz z sąsiadami chcą się "złożyć" na rury którymi będą mogli doprowadzić z położonej wyżej rzeki wodę wprost do sowich domów. Pociągnięcie takiego mini rurociągu znacznie ułatwiło by im życie. Jestem świadkiem jak wózek zaprzęgnięty w dwa osiołki dowozi im wodę ze strumienia, synowie Petera rozładowują plastikowe baniaki. Peter naturalnie nie daje się przekonać że wpadłem tylko na herbatę i po drugim kubku słodkiej jak ulepek herbaty z mlekiem nie mam innego wyboru jak tylko czekać do wczesnego lunchu. W międzyczasie siedzimy wewnątrz i rozmawiamy oglądając w telewizji obchody dnia bohaterów na stadionie narodowym w Nairobi, podczas gdy jego żon gotuje w niewielkiej komórce na podwórku. Hero Day lub Mashaja jest tutaj hucznie obchodzone. Po murawie stadionu maszerują zastępy żołnierzy w galowych mundurach. Marynarka w białych, piechota w tradycyjnych dżunglowych panterkach z karabinami na ramieniu, granatowe i czerwone mundury, na wzór brytyjskich sprzed okresu wojen burskich noszą chyba kompanie honorowe. Mają białe rękawiczki a prowadzący ich oficer maszeruje sztywno przyciskając do piersi lśniący pałasz. Tuż przy nim, prezydent i wielki gruby generał w białym mundurze i szerokiej czapce. Tłum na trybunach wiwatuje, długą przemowę prezydenta poprzedza hymn i wniesienie na stadion sztandarów. Jeszcze przed lunchem wychodzimy z Peterem na zewnątrz i zwiedzamy całe jego poletko, jest zadbane i schludne, otoczone równym żywopłotem. Sadzi tu sukume, bataty, kukurydzę ma nawet kilka drzew z avocado i jedną krowę. Siadamy do lunchu, ziemniaki w sosie i do tego ciapaty, wszytko super smaczne i do syta. Po jedzeniu jeszcze jakiś czas wspólnie rozmawiamy. Ale przychodzi na mnie czas, więc żegnam się wychodzę, gospodarz wraz z żoną odprowadzają mnie kawałeczek pokazując skrót przez pobliskie pole. Machamy sobie na pożegnanie, przyglądają mi się gdy ruszam w dół droga prowadzącą do miasteczka.   

Peter z małżonka.


Po dotarciu do Subukia, zaglądam do baru gdzie bywałem z Kasią, witam się z barmanką Ann i jednorękim właścicielem. Wszyscy dopytują się czemu nie ma jej ze mną, doskonale pamiętając nas z przed roku. Przy barze zamawiam małpkę ginu i na wszelki wypadek dezynfekuje wszystko co mogło wypełznąć z tego strumienia z którego Peter czerpie wodę. Bo przecież nie jest tajemnicą że to z wody właśnie wyszło wszelkie życie, a w Afryce "ameba hyc". 





Ulice Subukia wyglądają dziś nico inaczej niż zazwyczaj, w oknach i na ścianach budynków powiewają narodowe flagi, nie jest ich jednak dużo. Z okazji święta jeszcze więcej ludzi dziś siedzi tu w ogólnym afrykańskim bezruchu. Gdzieś od strony kościoła słychać śpiewy, kawałek dalej gra jakaś muzyka i ktoś tańczy a na boisku szkolnym odbywa się uroczystość na miarę małego miasteczka, prowizoryczna mównica, panie i panowie elegancko ubrani pod białymi namiotami. Jednak większość przechodniów celebruje dziejesz święto zwyczajnie siedząc i słuchając radiowej transmisji z obchodów w stolicy lub oglądając prezydenta w telewizji. Dla mnie kolejnym punktem dzisiejszego programu jest spotkanie z moimi pracownikami. Po raz pierwszy mam spotkać się z nimi na tak zwanej płaszczyźnie prywatnej. Wczoraj sami zaproponowali że może z okazji święta spotkamy się gdzieś w mieście i pójdziemy coś zjeść i na jakąś sodę. Umówiliśmy się na drugą. Naturalnie o czternastej nie zjawił się nikt prócz mnie i Morisa, moje szefa produkcji. W Afryce rzecz dość zwyczajna, spóźnienie. Po pół godzinie postanowiliśmy dłużej nie czekać na resztę i przeszliśmy się po okolicy szukając czegoś do zjedzenia. Stanęło na pieczonej kózce, zamówiliśmy półtorej kilo do tego frytki.                                                                               
Jak w się a Afryce serwuje taką kózkę czy każde inne pieczone mięso w tego typu lokalach? Pod nazwą "tego typu lokale" kryje się drewniana buda która jest połączeniem stołówki ze sklepem mięsnym. Gdzie najczęściej posiłek zaczyna się od pokazania paluchem kawałka mięcha zawieszonego na haku z którego życzymy sobie żeby rzeźnik-kucharz (profesja łączona) wyciął nam nasze zamówienie. Stoły obite są ceratą z przed stu lat, na środku lady wychamrana jest dziura od rąbania tasakiem mięsa na porcje, a lunch serwuje się na drewnianych deskach które chyba nigdy nie były myte, co i tak nie ma znaczenia bo przez ilość tłuszczu który je zaimpregnował zyskały cechę "wodoodporność". Tym razem nie musimy czekać aż przygotują dla nas posiłek. Korpulentna pani zdejmuje z grilla przygotowane już mięso pozawijane w folie, wybieramy te zawiniątka które najbardziej nam odpowiadają. Następnie przynosi to mięso na wspomnianej wcześniej desce i wielkim nożem zarzyna dla nas skrawać je w mniejsze kawałki, kostkę lub paski jak jej się akurat ukroi. Naturalnie nie nosi przy tym rękawiczek i nie krępuje się przy tym dotkliwie przemacać naszej koziny, pozostaje tylko mieć nadzieję że po rąbaniu surowego mięsa umyła rączki (nie, nie umyła, widziałem). No i zaczyna się uczta, siadamy z Morisem na przeciw siebie raz po raz sięgamy po nakrojone na desce mięso, "zamaczamy" je w rozsypanej na desce soli i chaps. Siadłem pod ścianą, a raczej ścianką, do połowy wysokości od ziemi sklejka, od połowy do sufitu siatka. Po drugiej stronie, na rzeźnickich hakach dyndają półtusze, po szczeciniastych pędzelkach na końcach obdartych ze skóry ogonków odróżniam cielaki od kóz i owiec. Co chwila do "klatki" wchodzi postawny facet w zachlapanym zeschłą krwią fartuchu i brzeszczotową piłką do metalu rżnie mięcho.

Moris i mięsna klatka.

Po lunchu znów się dezynfekuję. Gdy kończymy dołącza do nas jeszcze dwóch chłopaków ze stolarni którzy spóźnili się półtorej godziny. Wypijamy z nimi sodę plotkując, rozmowa idzie raczej ciężko, oni nie znają angielskiego ja swahili, Moris robi za tłumacza. Po wszystkim żegnamy się i biorę motocykl na górę by zdążyć przed popołudniowym deszczem. Po dotarciu znów czeka mnie prysznic przy świecach bo pod moją nieobecność wywaliło prąd. Na wszelki wypadek jeszcze raz zażywam moje lekarstwo.
***
Ciekawostka.


Poniższe zdjęcie przedstawia jednego z naszych zadowolonych klientów który właśnie odbiera swoje małżeńskie łoże, wymiary 4x6 stóp.